Odwiedziło nas
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDziś34
mod_vvisit_counterWczoraj108
mod_vvisit_counterTen tydzień276
mod_vvisit_counterPoprzedni tydzień509
mod_vvisit_counterTen miesiąc1679
mod_vvisit_counterPoprzedni miesiąc2575
mod_vvisit_counterWszystkie wizyty215596

Strona istnieje od:
05.01.2010

Kolporter RSS

Justynka z Kacwina

kwiecień 2014

Kwiecień 2014

W pierwszy dzień wiosny odwiedziłam mojego Doktorka w Rabce. Po rozmowie z nim udałam się na badania. Tym razem tylko wymaz i spirometria, która nie jest łatwa do wykonania, zwłaszcza dla 4,5 letniego dziecka- takie słowa usłyszałyśmy od Pani Pielęgniarki, która pomaga prawidłowo wykonać to badanie. Jakież było jej zdziwienie, kiedy na komendę z całych sił dmuchałam w „rurę”, aż się fotel trząsł. Na koniec pogratulowała mi i stwierdziła, że jestem „Super-Dzielna Dziewczyna”. Z wynikiem wróciłyśmy do lekarza, był bardzo zadowolony. Oglądnął dokładnie mój brzuch, uszy, nos, gardło, osłuchał „badanką” po czym stwierdził: „ Oby tak dalej”. Usg brzucha nie miałam wykonane, więc nie wiadomo jak tam moja wątroba, ale na następnej wizycie to sprawdzimy.

Za każdym razem gdy jedziemy do szpitala, towarzyszy nam lęk przed tym czy mukowiscydoza poczyniła w moim organizmie kolejne uszkodzenia, jednak tym razem wracałyśmy do domu w dobrych nastrojach. Po drodze wstąpiłyśmy na małe zakupy, bo mama obiecała mi, że coś dostanę, jak będę dzielna… a ja w tym dniu marzyłam o piankach pieczonych na ognisku. Gdy w szpitalu o tym opowiadałam, to Panie Pielęgniarki były nieco zaskoczone moim pomysłem, pewnie nigdy nie jadły takiej „pianki-ciągutki-pychotki”. Obiecały, że wypróbują w najbliższy weekend.

Może wystarczy już pisania o szpitalu, teraz skupmy się na przyjemnych rzeczach, a mianowicie na Wielkanocy. Przed Niedzielą Palmową mama zrobiła palmy dla mnie, Julii i naszej kuzynki Iwonki. Jednak na tym się nie skończyło, bo gdy znajomi i sąsiedzi zobaczyli „nasze prace”, to wszyscy chcieli takie mieć…

Teraz już tylko czekajmy z radością na Zmartwychwstanie Pana, a ja wraz z moją rodzinką, życzę Wam na ten piękny czas:  dużo spokoju, wytchnienia i siły, by stawiać dzielnie czoła wszelkim przeciwnościom, które napotykamy na swej drodze…

Alleluja !!!

 

luty 2014

        LUTY 2014

        Dziwna jest tegoroczna zima, bardziej jak wiosna. Choróbska „szaleją” dookoła. Mnie też dopadło przeziębienie z potwornym katarem, bólem gardła i gorączką, oby na tym się skończyło. Teraz siedzę w domu i „się kuruję”.

        Tydzień temu spadło trochę śniegu, więc wykorzystałam to na zabawy na dworze.. Zjeżdżanie z górki nie tylko na sankach, ale też na  grubych, foliowych workach wypchanych sianem ( co jest rzadkością w tych czasach, ale dawniej dzieciaki tak właśnie się bawiły). To dopiero frajda. Bałwana też ulepiłam i to nie jednego, ale aż cztery- cała rodzina bałwanów.

        Zimową aurę wykorzystaliśmy również na organizację kuligu. Jak to już w zeszłym roku pisaliśmy, wystarczy szepnąć sąsiadowi i koń z saniami gotowy na wieczorną wyprawę uliczkami Kacwina. Ech… życie jest piękne!!!

        Do przedszkola niestety nie mogę chodzić, ale mimo wszystko czasem odwiedzam tam moich rówieśników. Lubię tam przebywać. Poznałam Natalkę, Maćka, Dawida, Darię, Zosię i inne dzieci… są bardzo koleżeńscy. Dzieci nie wiedzą co to jest mukowiscydoza, są zdziwione, kiedy dezynfekuję dłonie. Moja mama przygotowała zabawy zachęcające do częstego mycia rąk. Dzieci bardzo ochoczo wykonywały polecenia i wypowiadały się na temat higieny… Na koniec zajęć wszyscy kolorowaliśmy „śmieszne” bakterie i przyczepiliśmy je o dużej kartonowej dłoni. Było bardzo wesoło. Na pytanie: „Jak prawidłowo kaszlemy?” Wszyscy chórem kasłali w rękaw!  Kiedy „wydobrzeję” to na pewno znowu odwiedzę moich nowych, przedszkolnych przyjaciół.

 

        Ale teraz póki co, to muszą mi wystarczyć zabawy w domu. Pomysłów nam nie brakuje, zwłaszcza gdy odwiedza mnie kuzynka Iwonka. Na zdjęciu poniżej inscenizacja       „Czerwonego Kapturka”, gdy „doszlifujemy” już wszystkie szczegóły to zaproszę Was na przedstawienie. Uściski i buziaczki dla wszystkich.

 

grudzień 2013

Zima, zima, zima - Pada, pada …  Ja już zdążyłam pojeździć na sankach i ulepić dwa mini – bałwanki. Co prawda  śniegu nie ma jeszcze za wiele, ale tyle wystarczy by dobrze się bawić.
Niedawno odwiedziłam mojego doktora w rabczańskim szpitalu. Wyniki badań podobnie jak ostatnio: rtg klatki piersiowej wyszedł nieźle, badania krwi i moczu w normie, w wymazach z gardła i nosa – naturalna flora bakteryjna.  Niestety na usg brzucha, wątroba powiększona i jak już wcześniej pisałam niejednorodna, chyba już nie ma co liczyć na poprawę… ale załamywać się też nie ma co, przecież wiara czyni cuda ;).  Kontrola za jakieś dwa miesiące, oczywiście jak nic poważnego nie wyskoczy „po drodze”. Teraz to już tylko czekać na święta…
No właśnie święta, ale zanim nadejdą, to trzeba przeżyć adwent. Moja siostra Julia chodzi na roraty z lampionem, ja niestety nie, bo mama twierdzi, że jeszcze jestem za mała. Poza tym panuje okres „chorobotwórczy”, więc trzeba uważać, żeby nie złapać czegoś poważnego, no i trzeci argument to pobudka o piątej rano, a ja niestety lubię pospać! Więc pozostało mi oczekiwanie na Jezuska w domu. A żeby ten czas był bardziej dla mnie zrozumiały rodzice zrobili z tektury i papieru pakowego „schodki z nieba”. Codziennie przekładam Jezuska o jeden stopień niżej, by na końcu adwentu umieścić go w żłóbku.
Mama wykonała nam też takie śmieszne  kalendarze – Mikołaje. Codziennie obcinamy im po kawałku brody i tak aż do świąt. Łatwiej zrozumieć, ze Boże Narodzenie już się przybliża.
W dniu 6.12.2013 r.  wieczorem, wyobraźcie sobie, że odwiedził mnie Św. Mikołaj. W tym roku również nie zapomniał o Mnie. Byłam trochę onieśmielona jego wizytą. Trochę nawet się go bałam, ale w końcu dostałam od niego tak wyczekiwaną paczkę, w której było mnóstwo prezentów.
 

Grudzień 2013

Dzisiaj jest ten rodzaj ciszy, że każdy
wszystko usłyszy: i sanie w obłokach mknące i gwiazdy na
dach spadające. A wszystko to ufne czekanie.
Czekajmy - dziś cud się stanie.

Gdy pierwsza gwiazdka na niebie zabłyśnie,
niech aniołek Cię mocno ode mnie uściśnie.
I złoży serdeczne życzenia z okazji
Świąt Bożego Narodzenia!

 


Zima, zima, zima - Pada, pada …  Ja już zdążyłam pojeździć na sankach i ulepić dwa mini – bałwanki. Co prawda  śniegu nie ma jeszcze za wiele, ale tyle wystarczy by dobrze się bawić.

Niedawno odwiedziłam mojego doktora w rabczańskim szpitalu. Wyniki badań podobnie jak ostatnio: rtg klatki piersiowej wyszedł nieźle, badania krwi i moczu w normie, w wymazach z gardła i nosa – naturalna flora bakteryjna.  Niestety na usg brzucha, wątroba powiększona i jak już wcześniej pisałam niejednorodna, chyba już nie ma co liczyć na poprawę… ale załamywać się też nie ma co, przecież wiara czyni cuda ;).  Kontrola za jakieś dwa miesiące, oczywiście jak nic poważnego nie wyskoczy „po drodze”. Teraz to już tylko czekać na święta…

No właśnie święta, ale zanim nadejdą, to trzeba przeżyć adwent. Moja siostra Julia chodzi na roraty z lampionem, ja niestety nie, bo mama twierdzi, że jeszcze jestem za mała. Poza tym panuje okres „chorobotwórczy”, więc trzeba uważać, żeby nie złapać czegoś poważnego, no i trzeci argument to pobudka o piątej rano, a ja niestety lubię pospać! Więc pozostało mi oczekiwanie na Jezuska w domu. A żeby ten czas był bardziej dla mnie zrozumiały rodzice zrobili z tektury i papieru pakowego „schodki z nieba”. Codziennie przekładam Jezuska o jeden stopień niżej, by na końcu adwentu umieścić go w żłóbku.

Mama wykonała nam też takie śmieszne  kalendarze – Mikołaje. Codziennie obcinamy im po kawałku brody i tak aż do świąt. Łatwiej zrozumieć, ze Boże Narodzenie już się przybliża.

W dniu 6.12.2013 r.  wieczorem, wyobraźcie sobie, że odwiedził mnie Św. Mikołaj. W tym roku również nie zapomniał o Mnie. Byłam trochę onieśmielona jego wizytą. Trochę nawet się go bałam, ale w końcu dostałam od niego tak wyczekiwaną paczkę, w której było mnóstwo prezentów.

 

Jesień 2013

        Jesieni ciąg dalszy…

       Październik jest takim miesiącem, który bardzo lubię… a w tym roku jest wyjątkowo ciepły, słoneczny i kolorowy. Korzystamy z pięknej aury i spędzamy dużo czasu na „polu”.

       Lubię ten miesiąc również dlatego, bo mam wtedy urodziny. Cztery lata temu, a dokładnie 20 października przyszłam na świat… cztery lata pełne chwil radosnych, ale też i trudnych dla mnie i moich najbliższych. Jednak o tych drugich nie będziemy dzisiaj rozmyślać.

       Jak co roku przed urodzinami moja mama planuje co przygotować, by przyjęcie było udane. Tym razem rodzice dali mi „wolną rękę” i mogłam sama zdecydować jak ma wyglądać moja uroczystość. Plan był następujący: przyjęcie będzie „księżniczkowe”, wszystkie koleżanki ubiorą sukienki i korony, dekoracja pokoju koniecznie w kolorze różowym i oczywiście tort „księżniczkowy” też w moim ulubionym kolorze. No więc do pracy… oczywiście musiałam pomagać we wszystkim. Zaprosiłam koleżanki młodsze i starsze i takie nowo poznane. Dekorowałam pokój, nakrywałam do stołu, robiłam z moją Julcią „winogronowe” gąsienice, ale największym wyzwaniem był oczywiście tort. Dużo pracy w niego włożyłyśmy, ale za to wyszedł idealny, wszyscy byli zachwyceni.

       Przyjęcie udało się w 100 %. Były zabawy, konkursy, tańce, malowanie twarzy i radości co nie miara!!!

 

<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>

Strona 6 z 13